Siedzieliśmy wszyscy w ławkach i mieliśmy wyklejać bibułą drzewa narysowane przez nas na kartkach. Drzewo moje i Alice wyglądało trochę, jakby walnął go piorun i pozbawił liści oraz kilkunastu gałęzi, ale pani pochwaliła, że jest bardzo twórcze, oryginalne i widać, że wzorujemy się na działaniach natury. My tylko sztucznie się uśmiechaliśmy i kiwaliśmy głowami, żeby sobie poszła.
Alice Benson jest moją przyjaciółką i w zasadzie jedyną osobą, która ze mną gada. Reszta uważa, że jestem zły, więc nie będą się ze mną przyjaźnić. Bo wszyscy są skończonymi idiotami. Alice ma falowane blond włosy, które codziennie spina w jednego warkoczyka, duże, niebieskie oczy i jest strasznie niska. Sięga mi zaledwie głową do ramienia i niektórzy myślą, że chodzi do pierwszej klasy, a nie do trzeciej. Alice jest wielką szczęściarą; ma dwójkę młodszego rodzeństwa i jedną siostrę bliźniaczkę, dwójkę rodziców, psa i wielki dom, żeby wszyscy się w nim zmieścili. Młodsze rodzeństwo jest super, bo przynajmniej nie rozkazuje ci, co masz robić, albo kiedy nie wchodzić do jego pokoju. Akurat moja siostra nigdy nie pozwala mi do siebie wchodzić. Ma czternaście lat, zwykłe brązowe włosy, zwykłe niebieskie oczy i cała jest taka zwykła. Przynajmniej według mnie. Według mojej mamy - bo mam tylko mamę - jest najpiękniejszą i najbardziej utalentowaną Kennedy na całym świecie, która jest taka idealna, zawsze wie jak się zachować i wszystkim pomaga.
Ja jestem czarną owcą w rodzinie.
Nazywam się Charlie Lavierre, mam dziesięć lat, w pierwszej klasie wywalili mnie ze starej szkoły, ogólnie wszyscy mówią, że jestem ,,psychicznym dzieckiem''. Akurat kiedy musiałem iść do nowej szkoły, mój tata od nas odszedł i chociaż mama ciągle powtarza, że to nie przeze mnie, nie mogę się pozbyć poczucia winy.
Mogę przyznać, że nie zawsze jestem ukochanym aniołkiem mamusi, bo zawsze mówię to, co myślę i nie za bardzo przejmuję się zdaniem innych na ten temat, ale uważam, że dorośli zawsze wszystko wyolbrzymiają. W pierwszej klasie mama prawie co tydzień była wzywana do dyrektorki, bo niby coś ukradłem albo się z kimś pobiłem, dlatego po prostu wywalili mnie ze szkoły. W drugiej klasie przenieśli mnie z klasy sportowej do normalnej, bo za dużo osób oberwało ode mnie piłką lekarską. W trzeciej aż tak bardzo się mnie już nie czepiali i kiedy ktoś przychodził z płaczem do nauczycielki, że został przeze mnie pobity, wychowawczyni tylko wzdychała, kazała mi przeprosić i załatwić tą sprawę między sobą. I tak w ostateczności wzywali moją mamę, a Kennedy przy najbliższej okazji użalała się, jaka to nasza mama jest przeze mnie biedna i zmęczona, a ja nawet się tym nie przejmuję i jestem wyrodnym dzieckiem. Kennedy znała chyba tylko dwa określenia: wyrodny i psychiczny.
Teraz pani Unite ze spokojem chodziła między ławkami i chwaliła powyklejane bibułą drzewa. Według mnie to było okropnie nudne zajęcie, ale Alice dyskretnie kopała mnie pod stołem, kiedy chciałem wstać i powiedzieć to na głos. Więc musiałem siedzieć spokojnie i wyklejać to pogięte drzewo tą popapraną bibułą. Nagle z plecaka zadzwonił mi telefon i pani Unite gwałtownie się do mnie odwróciła.
- Charlie, w szkole nie używamy telefonów komórkowych - powiedziała.
Przewróciłem oczami.
- A stacjonarne można? - prychnąłem.
Kilka osób zachichotało. Kilka patrzyło na mnie z zazdrością (jako jedyny trzecioklasista w szkole miałem własny telefon, który działał, miał w sobie kartę oraz baterie i umiał dzwonić). Alice westchnęła.
- Wycisz go, proszę - wysyczała pani Unite przez zęby.
Podparłem głowę na łokciach.
- Jakoś nikt pani nie przeszkadza, kiedy pani dzwoni telefon na lekcji - odparłem.
- Charlie! - zdenerwowała się pani Unite.
- Mogę chociaż sprawdzić, kto do mnie dzwonił? - spytałem.
Gdyby mogła, zabiłaby mnie wzrokiem. Ale każdy, kto kiedykolwiek postawił nogę w tej szkole już mnie znał - tak przynajmniej codziennie narzekała Kennedy. Na szczęście chodziła już do innej szkoły.
Wyciągnąłem telefon z kieszeni plecaka i zobaczyłem na wyświetlacz. Miałem siedem nieodebranych połączeń od mamy. Po chwili zadzwoniła ósmy raz, a po następnej chwili wysłała mi SMSa, że mam wyjść ze szkoły. Uśmiechnąłem się, a Alice przegryzła wargę.
- Chociaż pokaż tą wiadomość pani, żeby... - zaczęła, ale ja wziąłem już plecak z podłogi i wybiegłem z klasy bez słowa wyjaśnienia. Usłyszałem za sobą krzyki dochodzące z sali i nagle pojawiła się za mną Alice. Skręciłem na schody i zbiegłem po nich, o mało z nich nie spadając.
- Charlie! - słyszałem za sobą krzyczącą Alice, ale się nie zatrzymywałem. Z klas zaczęły wychodzić inne nauczycielki, żeby sprawdzić, co się dzieje i też zaczęły mnie wołać. Przewróciłem oczami i skręciłem ze schodów do oszklonego wyjścia ze szkoły. Na parkingu stał włączony Ford mamy. Podbiegłem do niego, przeskakując dziury w asfalcie i otworzyłem tylne drzwi.
- Czemu tak długo? - spytała przestraszona.
- Wściekły tłum mnie gonił.
Mama przegryzła wargę. Do samochodu dobiegła zdyszana Alice i spojrzała zdziwiona na moją mamę.
- Dzień dobry, co...
- Nie mam teraz czasu - mama wrzuciła wsteczny i wolno wycofała. Alice krzyknęła zaskoczona i wskoczyła na tylne siedzenie, żeby nie wpaść pod auto. Zatrzasnęła drzwi i położyła swój plecak na siedzeniu między nami.
- Co się stało? - zapytałem, wychylając się do przodu. To, że nigdy nie zapinałem pasów też zaliczało się do tego, jak bardzo, bardzo jestem zły.
- Musimy na chwilę stąd wyjechać - rzuciła tylko mama i wyjechała z parkingu szkolnego.
- Czemu? - chciałem wiedzieć.
- Może wyjaśnię ci później, teraz muszę się skupić, żeby szybko stąd wyjechać - wyglądała na naprawdę przestraszoną.
Wymieniliśmy z Alice zdziwione spojrzenia.
- Gdzie pani jedzie? - spytała Alice.
- Na chwilę musimy jechać do babci - powiedziała i krzyknęła, kiedy zerknęła w lusterko. Odwróciłem się i zobaczyłem, że nikt za nami nie jedzie. Ale mama przyspieszyła i przejechała na czerwonym świetne. Nie przejąłem się tym, a Alice jęknęła, że teraz oprócz wściekłego tłumu nauczycielek będzie nas teraz goniła policja.
Przez resztę drogi, kiedy jechaliśmy na złamanie karku i wyprzedzaliśmy wszystkich przed sobą, nikt się nie odzywał. Wyjechaliśmy z miasta i byliśmy teraz na pustej polnej drodze, którą jechaliśmy co roku do babci. Kiedy teraz po obu stronach otaczały nas drzewa i zataczały łuki nad drogą, zrobiło się ciemniej, bo przez liście nie dochodziło do nas słońce. Odwróciłem się do tyłu i uklęknąłem na fotelu.
- Kto to jest? - zapytałem, wskazując na kolesia jadącego na motorze za nami.
Mama spojrzała w lusterko i znowu krzyknęła.
- Charlie, usiądź normalnie i odwróć się! - zawołała.
Nawet nie drgnąłem, więc Alice pociągnęła mnie na dół na fotel i spiorunowała wzrokiem. Taa, była takim aniołkiem jak moja siostra Kennedy. Koleś na motorze dalej za nami jechał i nie mogliśmy sprawdzić, czy pojechałby dalej za nami, gdybyśmy skręcili w jakąś ślepą uliczkę, bo droga ciągle była prosta. Wpatrywałem się w jego srebrny kask, patrząc na niego w lusterku i pomyślałem, że też chciałbym jeździć na motorze.
- Mamo, kim on jest? - zapytałem po chwili.
Nie odpowiedziała mi, czego mogłem się spodziewać. Więc pewnie był zły i przez niego uciekaliśmy do babci. Jednak minęliśmy skręt, w który powinniśmy skręcić i znowu stanąłem na siedzeniu.
- Jedziemy jakąś inną drogą? - spytałem.
- Co? - mama zamrugała zdezorientowana.
- Minęliśmy tamten zakręt.
- Co?
Mama odwróciła się do tyłu. Zakręt znikał nam powoli z oczu, a facet na motorze był jeszcze bliżej niż wcześniej. Mama jeszcze bardziej przyspieszyła i krzyknęła, kiedy kierownica wyślizgnęła jej się z ręki. Popatrzyłem do przodu i jedyne, co zobaczyłem to drzewo milimetr przed maską. Potem zamknąłem oczy, usłyszałem potężny huk i poczułem, jakbym leciał. Rzeczywiście leciałem, bo kilka sekund potem walnąłem w asfalt i nie mogłem się ruszyć.
- Uciekajcie! - usłyszałem niewyraźny głos mamy.
Nawet jakbym wyjątkowo chciał się kogoś posłuchać, nie mógłbym się ruszyć. Otworzyłem tylko lekko oczy, żeby zobaczyć co się stało. Jednak wszystko przed sobą miałem rozmazane; pogięte auto, drzewo, dym, czarny punkt przede mną, który z każdą sekundą się powiększał. Prawdopodobnie to był ten koleś na motorze. Ale zanim udało mi się złapać ostrość, zamknąłem oczy i głowa opadła mi na twardy asfalt.
Genialne! :o
OdpowiedzUsuńSuper <3
OdpowiedzUsuń