niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział Ósmy

   Nie chciałem mieć w głowie głosu Rachel, ale nie dałem zatkać uszu mojemu umysłowi. Kiedy próbowałem zasnąć, ciągle gadała, jak bardzo jesteśmy wyjątkowi i jak wielkie postępy dzięki nam robi. Miałem gdzieś jej postępy, ale musiałem tego wysłuchiwać. Jedynym pocieszeniem dla mnie było to, że pewnie nie tylko mi truje tak całą noc, ale też Trish, Lucasowi i Alice. Oraz innym ''wyjątkowym pomocnikom''.
   Kiedy w końcu udało mi się zasnąć, niedługo potem się obudziłem. Siedziałem dalej w swoim pokoju, ale miałem zawroty głowy i siniaki na rękach. Usiadłem na łóżku i przetarłem oczy. Popatrzyłem na miejsce w ścianie, gdzie zawsze wisiał zegar, ale teraz go tam nie było. Nagle drzwi gwałtownie się rozsunęły, więc odwróciłem się w ich stronę. Do pokoju weszła szybko Ariana. Zanim zamknęła za sobą drzwi, zdążyłem zobaczyć, że na korytarzach nikogo nie ma, co świadczyło o tym, że jest albo środek nocy albo wczesny ranek. 
- Co jest? - spytałem, kiedy Ariana przysiadła na rogu mojego łóżka.
- Charlie, nie chciałam cię ze sobą zabrać do Złotej Róży, bo jest tam twoja rodzina - powiedziała i spojrzała mi w oczy. 
- Więc...? - spytałem, kiedy długo nie kontynuowała. 
- Kocham cię, Charlie - powiedziała, przytuliła się do mnie i pocałowała mnie.
   Nie ruszałem się przez chwilę z zaskoczenia, ale kiedy odsunąłem się od niej usłyszałem w głowie ten znienawidzony przeze mnie głos.
   Nie. Sprzeciwiaj. Się.
   Przewróciłem oczami, ale i tak odsunąłem się od Ariany. Jednak mocno mnie trzymała i objęła mnie w pasie nogami. Próbowałem rozpleć jej ręce z mojego karku i zrzucić ją delikatnie obok, ale ręce nie chciały się mnie słuchać. Westchnąłem. Kolejna próba Rachel. Wyprostowałem się i odwróciłem głowę w inną stronę. Ariana mnie puściła, ale dalej siedziała mi na kolanach. 
- Co teraz czujesz? - spytała. Jej zwykle szare oczy były teraz brązowe.
- Jestem wściekły - odparłem.
- Na kogo?
- Zgadnij! - krzyknąłem głośno i drzwi znowu się otworzyły. Stanął w nich Peter i ruszył w moim kierunku. Ariana zeskoczyła mi z kolan i wyszliśmy wszyscy z pokoju. Zamiast na korytarz, weszliśmy do gabinetu Rachel, w którym byłem wczoraj, kiedy wychodziłem z lustrzanego pokoju. 
- Bardziej się postaraj następnym razem - syknąłem do niej, kiedy wstała z fotela i podeszła do mnie.
- Możesz sobie mówić, co chcesz - obejrzała swoje paznokcie. - Ale ja i tak mam dokładnie zapisane wszystkie twoje emocje. 
   Wzruszyłem ramionami, chociaż trochę mnie to przeraziło. Nigdy nie chciałem, żeby ktokolwiek widział moje myśli i rozpoznawał emocje, które zawsze starałem się ukryć za kamienną miną. 
- Teraz też wiem, co czujesz - Rachel znowu podeszła do swojego biurka i spojrzała na ekran, na którym było pełno napisów. - Odprowadźcie go. 
   Peter szarpnął mnie w kierunku drzwi i prawie wlokąc za sobą po podłodze, zaprowadził mnie do pokoju. Zastanawiałem się (a) która jest godzina oraz (b) ile jeszcze badań Rachel będzie chciała przeprowadzić.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział Siódmy

   Kiedy z trudem udało mi się otworzyć oczy, z powrotem szybko je zamknąłem, oślepiony jasnym światłem. Usłyszałem w głowie zniecierpliwiony głos Rachel, że mam się obudzić. Ponownie otworzyłem oczy. Siedziałem w pokoju, gdzie zamiast ścian były lustra. W każdym widziałem siebie z różnych stron. Ale i tak z każdej strony wyglądałem jak blady, poobijany i przestraszony nastolatek, którym nigdy w życiu nie chciałem być. Podłoga była zimna i z takiego samego kamienia, jak moja sypialnia, więc stwierdziłem, że znowu siedzę w Czarnym Kwiatuszku. W tej sytuacji ta nazwa wcale nie wydawała się śmieszna.
   Nie wiedziałem, w czym przydam się Rachel, siedząc w tym pokoju. A może to było tylko więzienie. A może byłem ponad pięć minut z Arianą na powierzchni i umarłem.
   Nie wiedziałem, jak jest w Niebie, ale na pewno nigdy nie myślałem, że jest to pokój z lustrami. Zastanawiałem się, kto wtedy wyszedł zza tego dziwnego złotego drzewa i przyłapał nas na uciekaniu z przecudownego Czarnego Kwiatuszka, w którym wszyscy są tacy troskliwi i uśmiechnięci. Zastanawiałem się też, jaka będzie czekała mnie kara, kiedy zobaczą, że jestem przytomny.
   Oparłem się plecami o jedno z luster i zamknąłem oczy, a kiedy z powrotem je otworzyłem, pokój się kilkakrotnie zmniejszył. Otaczały mnie cztery lustra i czułem się jak w przymierzalni sklepowej.
- Rachel, przestań! - krzyknąłem. - O co w tym wszystkim chodzi?!
   Lustra zaczęły się z powrotem mnożyć i oddalać. Jedno zamieniło się w drzwi. Otworzyły się i do pokoju wszedł ktoś, kogo nie mogłem rozpoznać, ponieważ cały zakryty był czarnymi ubraniami: czarnym kombinezonem, kominiarce bez dziur na usta, czarnych rękawiczkach i butach. Zerwałem się z podłogi. Osoba zamknęła za sobą drzwi, które znowu stały się lustrem. Zrobiła kilka szybkich kroków do przodu, a kiedy znalazła się przy mnie, złapała mnie za gardło i rzuciła na lustrzan ścianę. Upadłem na podłogę i zaniosłem się kaszlem, żeby odzyskać oddech. Nie miałem czasu zastanowić się, czy zamaskowaną osobą jest Rachel, bo znowu zostałem zaatakowany i rzucony na przeciwległą ścianę jak poduszka. Kiedy wstałem, sam rzuciłem się na wroga i powaliłem go na podłogę. Ale nie z własnej woli. Czułem się, jakbym był marionetką w teatrze, a ktoś mógł kontrolować moje ruchy. No tak, pomyślałem. Jest ktoś taki.
   Nie opieraj się, usłyszałem w głowie spokojny, znajomy głos.
- Przeklinam cię, Rachel! - wrzasnąłem, próbując powstrzymać moje ruchy i nie rzucić się drugi raz na przeciwnika, ale po chwili dałem za wygraną. I tak chyba nie dałbym rady tym przeklętym dziwnym urządzeniom w mojej głowie, dzięki którym Rachel mnie kontrolowała. I innych z ,,mojego zespołu'' pewnie też.
   Kiedy przeciwnik pozbierał się z podłogi, skoczyłem do przodu i kopnąłem go/ją w powietrzu. Nawet by mi się to podobało, gdyby wszystkie ruchy były moje własne. Po chwili postanowiłem przestać nawet stać i oddać się Rachel całej do kontroli. Nie dlatego, żeby jej pomóc w niesamowitych i bezsensownych badaniach, ale dlatego, że stwierdziłem, że nie będę się dla niej trudzić nawet w samodzielnym staniu.
   Uspokój się!, usłyszałem w głowie i uśmiechnąłem się z satysfakcją. Jeszcze kilka razy rzuciłem się na zamaskowanego przeciwnika, po czym Rachel najwyraźniej się poddała, bo w lustrze pojawili się jej pomocnicy: Dan i Peter. Zamaskowana osoba w podskokach wybiegła z pokoju, a Dan i Peter stanęli po moich bokach i wyprowadzili mnie z pomieszczenia.
   Z niego wchodziło się od razu do biura Rachel. Stała tam cała masa komputerów, a na ścianie wisiały wielkie ekrany. Trzy z nich pokazywały pusty już pokój z lustrami; każdy z innej kamery. Wściekły, przeniosłem spojrzenie na Rachel, siedzącą tyłem do mnie przy jednym z komputerów. Nagle na jednym z ekranów pokazał się kawałek filmu, w którym atakowałem tą czarną osobę, na drugim zaczęły pojawiać się lekko rozmazane literki, ale nie zdążyłem ich przeczytać.
- Łatwo się nudzi - odezwała się nagle Rachel, takim tonem, jakby coś dyktowała. Na ekranie pojawiło się kolejne zdanie. Najwyraźniej ktoś to zapisywał. - Trzy minuty, czterdzieści sześć sekund, dwanaście setnych.
   Na ekranie pojawiło się 00:03:46:12. Rachel się uśmiechnęła pod nosem.
- Bardzo wyjątkowy - odwróciła się na krześle w moją stronę. - Witaj, Charlie.
   Wyglądała na naprawdę podekscytowaną. Spiorunowałem ją wzrokiem.
- Kochanie, jeśli ktoś z nas miałby był tutaj wściekły, to ja - wstała z krzesła. - Dałam ci dowody, że jesteśmy dobrzy, a ty i tak postanowiłeś uciec z nową koleżanką.
- Jakie dowody? - prychnąłem, ale to zignorowała.
- Dlatego właśnie musieliśmy zająć się tobą trochę wcześniej niż innymi. Rozumiesz?
- Nie - odparłem.
   Rachel uśmiechnęła się szeroko i odwróciła do swojej drużyny, która zaciekle stukała w klawiatury komputerów lub obserwowała mnie na wielkim ekranie.
- Jestem z nas dumna! - zawołała i wszyscy zaczęli klaskać.
   Rozejrzałem się.
- Po co to było? - spytałem.
- Te oklaski?
- Nie, to wsadzenie mnie do tego pokoju.
   Westchnęła szczęśliwa.
- Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie, Charlie, żeby przypadkiem nie wpaść znowu na jakiś głupi pomysł - położyła mi rękę na ramieniu, którą od razu strąciłem. Nie wyglądała jednak na urażoną: bardziej na szczęśliwą. - Wiedz tylko, że dzięki tobie posuwamy się dalej i naprawdę jestem z ciebie dumna.
   Po tym skinęła na Daniela i Petera, żeby wyprowadzili mnie z pokoju. Odwróciła się i wróciła do swojego miejsca przy jednym z komputerów.
- Macie wszystko zapisane? - zapytała, a jej drużyna jednogłośnie to potwierdziła.
   Dan i Peter jednym szarpnięciem zmusili mnie do ruszenia się z miejsca i prowadząc coraz to bardziej mi znanymi korytarzami, dosłownie wrzucili mnie z powrotem do mojego pokoju.
   I już więcej żadnych takich akcji, usłyszałem w głowie.

Rozdział Szósty

   Dan, niski pomocnik Rachel zaprowadził mnie pustymi korytarzami do mojego pokoju. Zatrzasnął za mną metalowe drzwi i znowu zostałem uwięziony w jaskini z trzema meblami. Westchnąłem, zdjąłem czarny płaszcz i wrzuciłem go do szafy, nie fatygując się, żeby powiesić go na wieszaku.
   Podszedłem do małego, okrągłego lustra, które wisiało na ścianie. Jacy troskliwi, że mi go dali. Proste, brązowe włosy miałem rozczochrane (wyciągnęli mnie na tą cholerną misję prosto z łóżka), a wzrok dużych, szarych oczu przypominał wzrok przestraszonego królika. Potrząsnąłem głową i przetarłem oczy. Kiedy zobaczyłem, że podświetlone wskazówki zegara ściennego wskazują na piątą jedenaście, postanowiłem, że pójdę się położyć. Tak też zrobiłem, ale jeszcze długo nie mogłem zasnąć. Miałem do Rachel jeszcze więcej pytań, ale wiedziałem, że długo nie otrzymam na nie odpowiedzi.


   Nie obudziło mnie gwałtownie zapalane światło, nie Jerry, nie Rachel, żaden gościu, z którym musiałem się bić. Obudziła mnie Ariana, siedząca skulona na rogu mojego łóżka. Krzyknąłem i spadłem na podłogę.
- Co ty tu robisz? - zawołałem.
   Ariana zmarszczyła brwi.
- Nie krzycz tak - szepnęła.
   Zerknąłem na zegar, żeby się dowiedzieć, która godzina. Szósta dwa. Przewróciłem oczami.
- Jak się tutaj dostałaś? - spytałem cicho.
   Ariana kopnęła pistolet pod łóżko.
- Nieważne - wstała. - Musimy jak najszybciej stąd wyjść.
   Otworzyłem szeroko oczy.
- Jak to my? I czemu?
   Westchnęła.
- Zadajesz za dużo pytań.
- Przestań zachowywać się jak oni.
   To najwyraźniej była dla niej najgorsza możliwa obraza, bo nabrała głęboko powietrza zdenerwowana, po czym ponownie westchnęła.
- Tutaj... nie jest bezpiecznie. Ani mądrze. Tu jest źle. I musimy szybko wrócić do Złotej Róży.
   Gdyby sytuacja nie wyglądała na tak poważną, wybuchnąłbym śmiechem.
- Twoja mama mnie o to prosiła - dodała cicho.
   Po tych słowach od razu się ożywiłem.
- Co? - wdrapałem się z powrotem na łóżko.
- Twoja mama. Tak, jest w Złotej Róży. Jest tam tak długo, jak ty tutaj.
   Nie mogłem wydobyć z siebie słowa. W jednej sekundzie dowiedziałem się, że jednak moja mama żyje i to jeszcze dzisiaj byłem w jej ,,domu'', nic o tym nie wiedząc.
- Czekaj... - zmarszczyłem brwi. - Czyli dlatego tak się ucieszyłaś, jak cię porwaliśmy? Żeby włamać się w nocy do mojego pokoju i powiedzieć, że powinniśmy tam zostać?
   Ariana kiwnęła szybko głową.
- To jesteś kompletną idiotką! - zawołałem. - W tym pokoju jest pełno kamer, pewnie już ktoś po ciebie tu idzie!
   Dziewczyna przewróciła oczami i zrobiła krok w kierunku metalowych, uchylonych drzwi.
- Dlatego szybko musimy stąd uciekać. Myślę, że już więcej się orientujesz w tej całej sytuacji, więc nie muszę ci niczego wyjaśniać - stanęła przy drzwiach i otworzyła je na oścież. - Idziesz, czy nie?
   Popatrzyłem po sobie. Nie przebierałem się z powrotem w piżamę, zanim poszedłem spać, więc dalej miałem na sobie dżinsy i białą koszulkę. Zerwałem się z łóżka, wyciągnąłem z szafy czarny płaszcz, żeby wtopić się w ciemność i wybiegłem za Arianą z pokoju. Nie ważne, czy Złota Róża była dobra, czy zła. Nie obchodziło mnie, czemu ukradła ,,nam'' te arcyważne dokumenty. Tam była moja mama, a może też przy odrobinie szczęścia - ta wkurzająca Kennedy.
   Nie znałem drogi do windy, ale Ariana bez problemu ją znalazła i po paru minutach, nie ściągając na siebie niczyjej uwagi, byliśmy już na setnym piętrze. Staliśmy obok siebie w milczeniu, a ja dziękowałem w duchu za kradzież tych dokumentów. Za tym ciągnęła się cała seria zdarzeń, dzięki których dowiedziałem się o co we wszystkim chodzi. Kiedy drzwi windy się otworzyły, wpadły do niej jasne promienie wschodzącego słońca. Mógłbym teraz usiąść na trawie i obserwować słońce, jak wtedy, kiedy byłem mały i wyjeżdżaliśmy na wieś do babci. Teraz to by było niemożliwe, ponieważ a) mieliśmy pięć minut na przeżycie i b) nigdzie już nie było trawy.
   Pobiegliśmy na prawo do drzewa ze złotym mchem, ale kiedy tylko się przy nim zatrzymaliśmy, poczułem lekkie kłucie na plecach i coś poraziło mnie prądem.

niedziela, 13 lipca 2014

Rozdział Piąty

   Niski mężczyzna szarpnął mnie za ramię i posadził na krześle. Kobieta po drugiej stronie biurka znowu się uśmiechnęła.Wyglądała na trzydzieści, może trzydzieści pięć lat. Nie wiadomo jednak, czy w tym swoim genialnym laboratorium nie przeżyła tysiąca operacji plastycznych.
- Może najpierw, żeby przyjemniej nam się rozmawiało, przedstawię się i wszystko ci wyjaśnię - powiedziała.
- Miło by było - odparłem.
   Znowu się zaśmiała. Miałem dosyć jej sztucznego śmiechu.
- Nazywam się Rachel Bareilles - lekko kiwnęła głową. - Można tak powiedzieć, że jestem tutaj szefową, głową tej organizacji.
- Można tak powiedzieć, czy tak jest? - spytałem.
   Rachel się zaśmiała.
- Jesteś uroczy, ale zamknij się, jak ja mówię - zachichotała. - Założyliśmy tą organizację... Ale może po kolei. Dzięki naszym badaniom, dowiedzieliśmy się, kiedy i gdzie nastąpi Wielki Wybuch. Sześć lat nie miałeś dostępu do świata, więc oczywiście nie wiesz, co to jest. W ten dzień, kiedy ewakuowaliśmy Trish i Lucasa - to była dzień z naszych obliczeń - wybuchła dziura ozonowa i życie na Ziemi stało się niemożliwe. Dlatego wszyscy żyją teraz pod ziemią. W dniu Wielkiego Wybuchu zginęło wielu ludzi, ale prawie połowę udało się uratować.
- Dlaczego mnie i Alice porwaliście aż sześć lat temu? - spytałem.
   Rachel się zarumieniła.
- Obserwowaliśmy ciebie od kilku miesięcy - powiedziała, a ja się wzdrygnąłem. - Jesteś naprawdę wyjątkowy.
- Bo jestem zły?
   Znowu zachichotała. Następnym razem jej przyłożę.
- Bo jesteś wyjątkowy. Twoja mama o tym wiedziała, ale zbyt późno. Domyśliła się, że będziemy chcieli cię po naszej stronie, żebyś pomógł nam nad badaniami i dołączył się do naprawiania świata, ale od początku uważała nas za złych ludzi, szperających w umysłach innych. To, że Alice akurat za tobą pobiegła i trafiła tu razem z tobą: to była całkowita i niezaplanowana pomyłka. Ale postanowiliśmy, że nie ma sensu jej zabijać i podjęliśmy się pracy nad nią. Było o wiele gorzej niż z tobą, Trish czy Lucasem, ale daliśmy sobie radę.
- Co to znaczy, że podjęliście się nad nią pracy?
   Rachel nabrała głęboko powietrza.
- Nie zastanawiałeś się nigdy, skąd wiesz większość rzeczy, mimo tego, że skończyłeś naukę na klejeniu bibułą? - spytała, nachylając się lekko do przodu. - Nie zastanawiałeś się, skąd wiedzieliście, gdzie tamta organizacja ukryła dokumenty?
- Pytania są zabronione, to jak mogłem się dowiedzieć? - zawołałem.
   Rachel westchnęła.
- Nie mogliście niczego wiedzieć dla swojego dobra.
   Prychnąłem.
- Tanie gadanie! Każdy tak mówi, jeśli prawda jest cholernie ważna i cholernie straszna, więc skoro nie jest, to tak nie mówcie!
   Poprawiła sobie idealną fryzurę i spojrzała na mnie przepraszająco.
- Czasami ludzie nie rozumieją tego, co wiedzą i od razu oceniają, że jest to złe. Ludzie nie lubią nie rozumieć.
- A ja nie lubię żyć w niewiedzy - mruknąłem.
- Wracając do tematu: jeśli zastanawiałeś się, czemu co tydzień zaprowadzamy cię do jakiegoś laboratorium, a wiem, że się zastanawiałeś, to teraz dowiesz się dlaczego. To ma związek z tym, że wszystko wiecie, mimo iż nie chodziliście do szkoły. Co tydzień usypialiśmy każdego z was i wpajaliśmy wam wiedzę ogólną, która jest podstawą w życiu. Jak mówiłam, z Alice był większy problem. Nie była tak wyjątkowa jak wasza trójka i o wiele trudniej aplikowaliśmy jej wiedzę do głowy.
- Mówiąc ,,wyjątkowi'' masz na myśli ,,słabi umysłowo i łatwo ulegający''? - uniosłem jedną brew.
   Kolejny wkurzający chichot.
- Widzisz, jesteś bardziej wyjątkowi niż oni, bo jako jedyny na to wpadłeś - znowu przybrała poważny ton. - Udało nam się także wczepić wam urządzenia, dzięki którym możemy dostarczać wam takich informacji jak dzisiaj.
- Kontrolować nas - poprawiłem ją.
   Widać było, że traci cierpliwość.
- Nasza organizacja zajmuje się badaniem umysłu człowieka i reagowaniem w trudnych sytuacjach, a także poprawą tego reagowania. Trzeba będzie dużo popracować nad Lucasem... - zamyśliła się.
- Istnieje więcej takich organizacji? - spytałem.
- Tak, ale każda zajmuje się badaniem czegoś innego.
- Czym zajmuje się ta Złota Kraina?
   Rachel zmarszczyła brwi.
- Jaka Złota Kraina?
- Ta organizacja, w której dzisiaj byliśmy.
   Kiwnęła głową.
- Złota Róża. Zajmuje się badaniem emocji.
   Wybuchnąłem śmiechem. Rachel spojrzała na mnie pytająco.
- A ta tutaj to co? Czarna Róża? A może Czarny Tulipan?
   Rachel odchrząknęła.
- Czarna Orchidea.
   Znowu wybuchnąłem śmiechem.
- Czy wszystkie mają nazwę od kwiatków? - spytałem.
- Tak - odpowiedziała poważnie. Zielona Piwonia zajmuje się badaniem roślin - nie każda zajmuje się człowiekiem. Brązowy Storczyk jest od ziemi, Pomarańczowy Bławatek jest od zwierząt...
   Nie mogłem przestać się śmiać. Mroczna organizacja, która grzebie w umysłach ,,wyjątkowych'' ludzi i strzela usypiającymi strzałkami, a nazywa się Czarny Kwiatuszek.
- Skończyłeś? - spytała znudzona Rachel, czekając, aż przestanę się śmiać.
   Wyprostowałem się, ale dalej nie mogłem powstrzymać się od śmiechu.
- Jeżeli nie masz więcej pytań, to możemy cię już odprowadzić do pokoju.
   Zamyśliłem się.
- Skoro mam numer 49, a Alice 48 to co z pozostałymi czterdziestoma siedmioma? - spytałem.
- Te liczby są numerami naszych... wyjątkowych pomocników. Mieszkają na innych piętrach, a każde piętro ma swoich dwóch ,,prywatnych''. W każdej krytycznej sytuacji, jaka dzisiaj się zdarzyła, wybieramy zazwyczaj według ich wygody - tych, co się znają, oraz według naszej - tych, co są najbardziej wyjątkowi.
   Jeśli nie przestanie powtarzać w kółko ,,wyjątkowi'' to na serio zaraz oberwie, pomyślałem.
- A więc - Rachel wstała i się uśmiechnęła. - Myślę, że dzisiaj dużo się dowiedziałeś.
- Przynajmniej wiem trochę więcej niż wczoraj - stwierdziłem. - Ale... skoro nastąpił ten wasz Wielki Wybuch dziury ozonowej... to czemu nic nam się nie stało, kiedy dzisiaj wyszliśmy spod ziemi?
- Zaczynasz się palić dopiero po pięciu minutach - odparła szybko i niekonkretnie, patrząc na zegarek, który miała na ręce. - Skoro to już koniec, Daniel odprowadzi cię do twojego pokoju. Nie sądzę, że szybko mnie zobaczysz ponownie, ale ja będę cię widziała cały czas. Powinniście wszyscy odpocząć i przemyśleć wszystko, czego się dzisiaj dowiedzieliście.
- Mam jeszcze jedno pytanie - powiedziałem, schodząc z krzesła. - Czemu przez sześć lat nie mogłem się zobaczyć z Alice?
   Rachel westchnęła żałośnie.
- Dla waszego dobra - wyjaśniła. - woleliśmy, żebyście odizolowali się od całego świata.
- Czemu? - spytałem.
- Świat się zmienił. Ludzie się zmienili. Chcemy oszczędzić wam rozczarowania, kiedy któregoś spotkacie.

UWAGA

   Chciałam powiedzieć tylko, że jutro wyjeżdżam na wakacje i wracam dopiero 27. Tam, gdzie przez ten czas będę, nie będę miała dostępu do internetu i nie będę mogła dodawać nowych rozdziałów. Ale przez cały czas będę pisała (może na telefonie) i jak wrócę to wszystko opublikuję jednego dnia. Dla was przygotowałam na jutro kilka rozdziałów i życzę miłego czytania :D Mam nadzieję, że książka się podoba :*xoxo

sobota, 12 lipca 2014

Rozdział Czwarty

   Jak odzyskałem przytomność, ktoś ciągnął mnie po nierównej, kamiennej podłodze. Otworzyłem oczy i chwilę minęło, zanim odzyskałem ostrość. Byłem ciągnięty po podłodze przez Alice oraz T-50 za ręce i przy każdym zakręcie waliłem się w ścianę. Wyrwałem im się i usiadłem na podłodze, trąc oczy.
- Nareszcie - usłyszałem nad sobą głos Jerry'ego.
- Co to było? - spytałem.
   Nie usłyszałem odpowiedzi. No tak, pytania są zakazane.
- Im mniej wiecie tym lepiej - mruknął Jerry. Z całego towarzystwa tej przeklętej organizacji był chyba najbardziej rozmowny.
   Wziąłem do ręki mój pistolet i wystrzeliłem w ścianę. Zamiast kuli była taka sama mała strzałka z niebieskim płynem, który teraz wylał się na podłogę. Wstałem i schowałem pistolet do kieszeni.
- Będziemy z tego strzelać, powinniśmy wiedzieć, co to jest - stwierdziłem.
   Jerry zniecierpliwiony z powrotem zaczął nas prowadzić korytarzami.
- W naboju jest płyn, który usypia ofiarę na dziesięć minut - powiedział. - Jak mówiłem, nie jesteśmy złą organizacją, więc nie będziecie zabijać tych ludzi.
   Przewróciłem oczami. O tak. Byli naprawdę troskliwi.
   Po chwili dotarliśmy do kolejnych metalowych drzwi, które, jak się okazało, były windą. Weszliśmy do niej, ale Jerry został na zewnątrz.
- Teraz wyjedziecie na powierzchnie - zaczął.
- Super - powiedziałem.
- Potem wejdziecie z powrotem pod ziemię.
- To już nie tak super - stwierdziłem.
- Odbierzecie im nasze dokumenty i wrócicie tu z powrotem. Powodzenia.
   Drzwi windy się zamknęły, zanim zdążyłem jakkolwiek to skomentować. Kiedy poczułem, że zaczęliśmy wolno jechać do góry, T-50 przewróciła oczami.
- Jesteś naprawdę denerwujący - zwróciła się do mnie.
   Uśmiechnąłem się szeroko.
- Dziękuję.
   Alice westchnęła.
- Wiesz, jak ja się bałam, co z nami zrobią? - pisnęła. - Wiesz, co to znaczy siedzieć sześć lat w zamkniętej jaskini?
- Wiem - przewróciłem oczami. - Chyba porwali nas w tym samym dniu.
   Alice prychnęła. Potem uśmiechnęła się i zwróciła do T-50.
- Jestem Alice.
   Dziewczyna wysiliła się na uśmiech.
- Trish. To mój kuzyn Lucas.
   Lucas wyglądał, jakby miał się rozpłakać. Siedział skulony w kącie windy i cały się trząsł. Obracałem w palcach pistolet i zastanawiałem się, jak teraz wygląda ziemia na powierzchni ziemi. Jak wygląda słońce. I czy może teraz wszędzie są takie jaskinie. I jak będzie wyglądała ta druga organizacja. I w ogóle: gdzie ona jest?
   Otworzyłem szeroko oczy. Trish i Alice popatrzyły na mnie zdziwione.
- Co jest? - spytała Trish.
   Nie odpowiedziałem, tylko zacząłem jeszcze szybciej myśleć. Skąd niby wiemy, gdzie jest ta organizacja? A skoro jest pod ziemią, to skąd byśmy wiedzieli, jak się do niej wchodzi? I jak wyglądają te dokumenty? I gdzie są? Czemu pytania były zabronione?!
- Charlie! - Alice pomachała mi ręką przed oczami.
   Zamrugałem.
- Tak się zastanawiałem tylko - mruknąłem, nie odrywając się od swoich myśli.
- Nad czym?
- Nad tym, gdzie w ogóle powinniśmy iść, kiedy wyjdziemy na powierzchnię. I co tam w ogóle jest.
   Trish się zastanowiła przez chwilę.
- Ostatnim razem, to jest dwa lata temu, kiedy tam byłam... - przegryzła wargę. - W ten dzień, kiedy nas porwali. Siedziałam w szkole jak codziennie, gdy nagle zaczęli nas z niej ewakuować. Nikt nie mówił, co się dzieje. Musieliśmy po prostu zostawić wszystkie rzeczy i uciekać. Kiedy wybiegłam ze szkoły, z tłumu wyłowiła mnie moja mama i zabrała mnie i Lucasa do auta, mówiąc to co wszyscy: że mamy uciekać. Nie zadawałam żadnych pytań, bo pomyślałam, że skoro jest czas tylko na uciekanie, to nie ma czasu na zastanawianie się nad odpowiedziami. Wyjechaliśmy spod szkoły i zaczęliśmy gdzieś jechać, ale nie mam pojęcia gdzie. Potem szyba w aucie się wybiła i chyba ktoś do nas strzelił... - odgarnęła włosy z twarzy i wyprostowała się. - Nie wiem, wtedy straciłam przytomność i obudziłam się tutaj.
   To nie było odpowiedzią na żadne moje pytanie.
- Jak wtedy wyglądała Ziemia? - spytałem.
   Trish wzruszyła ramionami.
- Normalnie. Żadnej wojny, żadnych robotów... Tak jak zawsze.
   Westchnąłem. Nas drzwiami pokazywały się numerki, na jakim jesteśmy piętrze. 87. 86. 85. 84. Po minucie byliśmy na 50. Po kolejnej - na 20. W końcu winda się zatrzymała, drzwi się otworzyły, a ja nie mogłem się doczekać, co za nimi zobaczę.
   A zobaczyłem niewiele. Wyschniętą ziemię. Drzewa, które wyglądały jak te, które musiałem wyklejać bibułą sześć lat temu. I nic więcej.
   Popatrzyłem w górę. Nareszcie zobaczyłem słońce. Zmrużyłem oczy i przez kilka sekund wpatrywałem się w jasną kulkę na niebie. Potem zamrugałem i spojrzałem z powrotem w dół. Na popękaną, wyschniętą ziemię, w której były trzy źdźbła trawy na krzyż. Nie słyszałem żadnych śpiewów ptaków. Nie słyszałem nic oprócz oddechów naszej czwórki i cichego odgłosu windy, zjeżdżającej na dół.
- I co teraz? - spytała Alice.
- Pytania zabronione - przypomniałem jej i zrobiłem krok do przodu. Ziemia nie eksplodowała, nie pojawiły się żadne wiązki laserowe, nikt nie wyskoczył na nas z siekierą. Ruszyliśmy wszyscy do przodu, gdy nagle Trish stanęła zdziwiona i powiedziała:
- Idziemy źle - wyglądała na zaskoczoną tym, co mówiła, ale nie przestawała. - Musimy skręcić za tym drzewem, iść chwilę prosto, a gdy zobaczymy drzewo ze złotym mchem, to za nim jest przejście podziemne.
   Popatrzyliśmy na nią z szeroko otwartymi oczami. Trish wyglądała na przestraszoną.
- Skąd to wiesz? - spytałem.
- Pytania zabronione.
- Ha, ha, ha.
- Nie wiem, po prostu wiem - otrząsnęła się i ruszyła w odpowiednim kierunku. - Jakiś głos pojawił się u mnie w głowie i sama automatycznie zaczęłam to mówić.
   Przyjrzałem jej się uważnie. Nie wyglądała, jakby nas okłamywała, ale nie miałem pojęcia, skąd wiedziała, jak iść. Popatrzyłem pytająco na Alice, ale miała wzrok wbity w ziemię. Lucas najwyraźniej szukał miejsca, gdzie będzie mógł się schować. Przewróciłem oczami. Szliśmy jakieś dwie minuty, gdy przed nami pojawiło się drzewo obrośnięte złotym mchem. Przeszliśmy je, szukając jakiegoś wejścia pod ziemię. Nagle usłyszałem odgłos windy i odwróciłem się w tamtym kierunku. Z pod ziemi wyjechała winda z dwoma mężczyznami w środku. Obaj ubrani byli na złoto i gdyby nie trzymali broni, wybuchnąłbym śmiechem. Za to wszyscy wycelowaliśmy w nich pistoletami i po chwili obaj leżeli na podłodze w windzie. Trish i ja wyciągnęliśmy ich na ziemię i wszyscy weszliśmy do pustej windy.
- Jak myślicie, na którym piętrze? - spytała Alice.
- Dwieście czterdziestym szóstym - odezwał się nagle Lucas. Wyglądał, jakby miał zamiar się rozpłakać, że cokolwiek powiedział. - Nie patrzcie tak na mnie, nie wiem, skąd to wiem.
   Przewróciłem oczami. Ta dwójka była podejrzana. Trish wpisała na małej klawiaturce liczbę 246 i zaczęliśmy jechać w dół. Nikt się nie odzywał, Lucas zaczął płakać, a ja miałem ochotę walić głową w ścianę. Kiedy drzwi windy się otworzyły, stanęliśmy w złotym korytarzu. O matko, ta organizacja chyba nazywała się Kraina Złotego Brokatu i Wesołych Dziewczynek, bo zewsząd było słychać dzikie chichotanie. Wyszliśmy ostrożnie, ale nigdzie znowu nie pojawiły się złote, chichoczące wiązki laserowe, więc ruszyliśmy spokojnie złotym korytarzem. Myślałem, że dostanę zawrotów głowy. Już znienawidziłem złoty.
- To gdzie są dokumenty? - spytała cicho Alice.
   Nagle coś zaczęło gadać w mojej głowie. Nie znałem tego głosu i poczułem, że muszę powiedzieć to, co mi dyktował.
- Pokój 1988 - powiedziałem. - Trzecia szuflada od dołu, jest na kod, ale hasło jest takie samo jak numer pokoju. Bardzo sprytne.
   Alice wytrzeszczyła oczy.
- Nie wiem, skąd! - krzyknąłem, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać.
- No to prowadź - westchnęła Trish.
   Nogi same zaczęły mnie prowadzić przed siebie, potem skręcić w lewo, lewo, prawo, lewo, lewo i prosto. Weszliśmy po krótkich schodach na górę i z daleko zobaczyłem czarne ,,1988'' na złotych drzwiach. Czemu tu, do cholery, wszystko było złote?
   Stanęliśmy ostrożnie pod drzwiami i ustawiliśmy się gotowi do strzału. Trish nogą otworzyła drzwi i wszyscy weszliśmy do pokoju z bronią przed sobą. W pokoju, przed biurkiem, siedziała tylko przestraszona dziewczyna z długimi rudymi włosami i złotej sukience. Mój wzrok padł na biurko i trzecią szufladę od dołu. Tylko na jej jednej była mała klawiaturka do wpisania kodu. Przewróciłem oczami.
- Siedź spokojnie - powiedziałem, celując w nią pistoletem i przesuwając się ostrożnie w stronę biurka. Dziewczyna nawet nie drgnęła. Była na celowniku trzech osób (Lucas chyba dalej stał na korytarzu), więc nie miała wyjścia. Wpisałem kod, otworzyłem szufladę i zacząłem zastanawiać się, jak właściwie wyglądają te dokumenty. Kiedy zobaczyłem wśród papierów mały, czarny pendrive, byłem pewny, że to to. Przynajmniej tak powiedział ten sam głos w mojej głowie. Wziąłem pendrive'a i wycofałem się wolno do drzwi. Dziewczyna odetchnęła i wybuchnęła śmiechem.
- Na szczęście wy tylko po to! - zaśmiała się. - Myślałam, że chcecie mnie zabić.
   Wbiliśmy w nią zdziwiony wzrok.
- Bierzemy ją jako zakładnika - zakomenderowała Alice.
- Skąd wiesz, że potrzebują zakładnika? - spytałem.
   Alice westchnęła.
- Ja nie wiem. Ale ktoś w mojej głowie mi to powiedział.
   Kiwnąłem głową.
- Z chęcią będę waszym zakładnikiem - uśmiechnęła się dziewczyna i wstała z krzesła.
   Zamrugałem, nic nie rozumiejąc. To za bardzo wyglądało na ustawione. Ale skoro się zgadza, niech idzie z nami.
   Ruszyła za nami do wyjścia i wybiegliśmy z Krainy Złotego Brokatu i Wesołych Dziewczynek tak, jak do niej weszliśmy. Dziewczyna przez całą drogę zachowywała się równie dyskretnie jak my. Kiedy drzwi windy się za nami zamknęły, uśmiechnęła się do nas szeroko.
- Jestem Ariana - wyciągnęła przed siebie rękę.
   Gdzieś w mojej głowie zakopana była informacja, że tak sześć lat temu moja mama uczyła mnie witać się z innymi, ale teraz nawet nie drgnąłem. Zupełnie jak pozostali. Ariana patrzyła na nas swoimi wesołymi szarymi oczami, czekając, aż też się przedstawimy. Myślałem, że w głowie usłyszę jakiś głos, że mam coś powiedzieć, ale nic nie słyszałem.
   Kiedy wyszliśmy z windy, złoci strażnicy jeszcze byli uśpieni. Ariana z uśmiechem przeskoczyła nad nimi i spokojnie za nami szła, kiedy prowadziliśmy ją kawałek przez las.
- Naprawdę was nie rozumiem, jak można ubierać się na czarno i nawet się nie odzywać - westchnęła. - Ale zawsze uważaliśmy ich za złych. Kontrolowanie ludzkich umysłów - wzdrygnęła się. - tak jakby to było dobre.
   Chciałem coś odpowiedzieć, ale Alice nachyliła się do mnie.
- Czemu tam wracamy? - spytała cicho. - Czemu nigdzie nie uciekniemy? I nie mów ,,pytania zabronione'' bo w ciebie strzelę.
- Gdzie niby chciałabyś uciekać? - prychnąłem szeptem. - Do tej złotej krainy? Przecież tutaj nie ma już do czego uciekać.
   Alice westchnęła i wbiła wzrok w swoje buty. Że też na podeszwach żaden z nas nie miał wyrytego swojego kodu. Kiedy zbliżyliśmy się do lekkiego, kwadratowego wgniecenia w ziemi, wyjechała spod niej winda i wszyscy do niej wsiedliśmy. Była o wiele większa od windy w Złotej Krainie, co zafascynowało Arianę. Poruszała się także znacznie szybciej niż tamta i po trzech minutach się zatrzymała. Kiedy drzwi się otworzyły, stał za nimi Jerry z dwoma mężczyznami w takich samych płaszczach.
- Dobra robota - uśmiechnął się Jerry i uniósł jedną brew. - Gdzie dokumenty?
   Trish wyjęła z kieszeni czarnego pendrive'a. Jerry kiwnął głową na jednego z mężczyzn, stojących za nim.
- Peter, zajmij się tą dziewczyną - popatrzył z powrotem na nas. - A wy pójdziecie ze mną.
   Peter szarpnął wesołą Arianę za ramię i poprowadził korytarzem w lewo, a my poszliśmy za Jerrym w prawo. Kiedy zatrzymaliśmy się przy małym okienku w ścianie, musieliśmy oddać tam broń i ruszyliśmy dalej. Pokój, do którego weszliśmy, wyglądał trochę jak poczekalnia. Pod ścianami stały rzędy plastikowych krzeseł. na każdej ścianie był metalowe drzwi.
- Dobrze - Jerry wskazał na jedne z metalowych drzwi. - Teraz każde po kolei tam wejdzie. Nie pytajcie, co tam jest, dowiecie się. Nie martwcie się, o ile nie będziecie zadawać głupich pytań i pyskować, nic wam się nie stanie.
- Czemu mam wrażenie, że na mnie patrzysz? - spytałem, a Jerry przewrócił oczami i spiorunował mnie wzrokiem.
   Metalowe drzwi się otworzyły i stanął w nich koleś taki sam jak wszyscy. Z bronią, w czarnym płaszczu.
- Alice Benson - powiedział, po czym zamknął drzwi.
   Jerry popchnął lekko Alice w kierunku drzwi. Rzuciła mi przestraszone spojrzenie i weszła do środka. Nasza trójka (Jerry zostawił nas samych i wyszedł) usiadła na plastikowych krzesłach, jak najdalej od metalowych drzwi. Wywoływano nas alfabetycznie, bo potem przyszła kolej na Lucasa George'a i Trish Lanrose, a dopiero potem wywołali mnie. Kiedy mnie wołali, nawet nie drgnąłem z miejsca. Niski mężczyzna wywrócił oczami, podszedł do mnie i siłą wprowadził mnie do pokoju za metalowymi drzwiami. Było w nim ciemno, światło zwrócone było tylko na puste krzesło i biurko pod ścianą. Za biurkiem siedziała wysoka kobieta w czarnej sukience, w jakie zawsze ubierały się stewardessy. Miała czarne włosy ściągnięte w koka i siedziała tak prosto, że każda linijka połamałaby się z zazdrości.
- Usiądź - uśmiechnęła się i wskazała krzesło po drugiej stronie biurka. - Czekałam na to spotkanie.
   Znowu nawet nie drgnąłem, wpatrując się w nią szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. To jej głos słyszałem w głowie.

piątek, 11 lipca 2014

Rozdział Trzeci

   Otworzyłem szeroko oczy, kiedy zobaczyłem, co jest poza moim pokojem i ,,pokojem dziennym, ha, ha, ha''.
   Cały podziemny kompleks był nie wiem jak głęboki, bo, gdy patrzyłem w dół, widziałem zatapiające się w ciemności korytarze. Wszystko wyglądało, jakby meteor spadł z nieba i zrobił wielką, głęboką dziurę. Naokoło dziury były wysokie kamienne ściany, w których co kilka metrów były metalowe drzwi. Jedyną drogą na tym piętrze była wąska, metalowa droga, otoczona niebieskimi barierkami. Na każdym piętrze biegali spanikowani ludzie. Rozglądałem się w górę, dół i na boki, a Jerry szedł szybko i wyglądał na równie przestraszonego jak wszyscy inni. Zauważyłem, że każdy ma na sobie taki sam płaszcz jak on, więc łatwo było zwrócić uwagę na mnie. Miałem na sobie dżinsy i białego T-shirta, więc wyróżniałem się w szczególności jasnymi kolorami. Jerry zaprowadził mnie do pokoju, nie różniącego się wiele od mojej sypialni. Stała tam Alice i dwójka innych ludzi w naszym wieku. Wytrzeszczyłem oczy na widok przyjaciółki. Nie widziałem jej od sześciu lat i ledwie ją poznałem. Miała takie same błękitne oczy, włosy jej pociemniały i były teraz złoto-rude, była tego samego wzrostu co ja i też ubrana w czarny płaszcz. Za nią stała trochę niższa dziewczyna o ciemnej karnacji i z brązowymi włosami, a obok przestraszony czarnowłosy chłopak. Wszyscy ubrani byli w firmowe płaszcze z małym, białymi cyferkami. Alice miała nadrukowane A-48, dziewczyna za nią T-50, a chłopak obok L-51. Jerry wyjął z szafy pod ścianą jeszcze jeden płaszcz i rzucił mi go. Jednak odsunąłem się trochę na bok i patrzyłem, jak czarny materiał spada na podłogę tam, gdzie przed chwilą stałem. Jerry zaklął i zamknął z trzaskiem szafę. Alice popatrzyła na mnie błagalnie.
- Ubierz go - Jerry stanął przede mną i spiorunował mnie wzrokiem.
- Czemu? - spytałem.
- Bo ci tak karzę!
   Przewróciłem oczami. Wziąłem płaszcz z podłogi i narzuciłem go na siebie. Na kieszonce po lewej stronie nadrukowane było małe C-49.
- No dobra - Jerry przegryzł wargę i spojrzał niepewnie na drzwi, przez które weszliśmy. - Żadne nie wie, o co chodzi, prawda?
   Pokręciliśmy zgodnie głowami.
- Nie mam za dużo czasu na wyjaśnienia, ale musicie wiedzieć, że nie przekierowaliśmy was tutaj...
- Porwaliście - poprawiłem go. Jerry spojrzał na mnie zrezygnowany. Puściłem do niego oko.
- Nie porwaliśmy was tutaj, żeby przeprowadzać na was doświadczenia i zniszczyć świat - powiedział.
- Ale - dziewczyna za Alice odchrząknęła. - Ale właśnie to robiliście przez ostatnie dwa lata.
- Sześć - powiedzieliśmy z Alice jednocześnie.
- Nie mam czasu, żebyście mi się teraz wtrącali! - zdenerwował Jerry.
- Ja mam całkiem sporo czasu - stwierdziłem.
   Jerry wyglądał, jakby chciał znowu mi przyłożyć, ale się rozmyślił.
- Chodzi o to, że teraz jesteśmy...
- Pod ziemią - mruknąłem.
- Zamknij się w końcu! - wrzasnął Jerry, po czym wyglądał, jakby popełnił największe przestępstwo na świecie. - Jesteśmy teraz w organizacji, która zajmuje się, nie odzywaj się, Charlie, obserwacją i badaniami... nieważne czego i istnieją dwie takie organizacje. Nieważne. Jak widać, właśnie zostaliśmy zaatakowani przez tą drugą, która ukradła nam pewien ważny dokument. I tak się składa, że na podobne sytuacje szkoliliśmy was przez te sześć i dwa lata. Dzisiaj, właśnie za moment, wyślemy was na pierwszą misję, żebyście odzyskali nasze dokumenty, żeby te całe lata naszej organizacji nie poszły na marne.
   Jerry uśmiechnął się słodko, a ja zmarszczyłem brwi.
- Czekaj - odchrząknąłem. - Skoro mamy te cyferki typu C-49, a zakładam, że C to Charlie, A to Alice i tak dalej, to te 49 i 48 to numery waszych małych żołnierzyków. W takim razie co się stało z tymi czterdziestoma siedmioma innymi?
   Jerry zaśmiał się krótko i sztucznie.
- Wiesz, jak tu jest nagradzane zadawanie pytań - syknął. Cofnąłem się o krok, żeby znowu mnie nie walnął.
   Wyprowadził nas z pokoju innymi drzwiami, wręczył każdemu broń i zaprowadził pustym korytarzem dalej. Nikt się nie odzywał. Alice szła przy mnie i z przerażeniem przyglądała się pistoletowi w jej ręce.
- Mamy tylko odebrać dokumenty, prawda? - spytała. - To po co nam broń?
- Zgadnij - prychnęła T-50, zanim Jerry zdążył nakrzyczeć Alice za zadawanie pytań.
- Skoro robimy napad na jakąś tajną organizację to nie powinniśmy raczej udawać kogoś z nich, zamiast chodzić z bronią i transparentem ,,Jesteśmy z tej złej organizacji i właśnie was napadamy''? - zapytałem.
   Jerry rzucił mi przez ramię zdziwione spojrzenie.
- Chodzi o te urocze płaszczyki - wyjaśniłem.
- Wiem - wysyczał. - Dziwię się, że jeszcze nie znudziło cię zadawanie twoich głupich pytań.
- Czyli zadawanie pytań jest zabronione? - spytałem, uśmiechając się szeroko.
   Nie odpowiedział, tylko uniósł pistolet i strzelił we mnie. Trafił w ramię, ale nie kulą tylko małą strzałką z jakimś płynem w środku. Prawie nic nie poczułem, gdy nagle ugięły się pode mną kolana i osunąłem się na podłogę.

Rozdział Drugi

SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ


   
   Obudziłem się w środku nocy. Znowu śnił mi się tamten dzień. Tamten dzień, kiedy Jerry ścigał nas na motorze i jeszcze o niczym nie wiedziałem. Cóż, dzisiaj wiem niewiele więcej. Moja mama pewnie nie żyła, a gdybym zapytał się kogokolwiek tutaj, czemu nas porwali, z pewnością dołączyłbym do niej. Wiem tylko, że teraz z Alice należymy do jakiejś sekty, która żyje pod ziemią. Jest tu naprawdę nowocześnie, nie licząc mojego pokoju. W sumie to nie wiem, jak jest w innych, bo mam dostęp tylko do dwóch pomieszczeń. Do mojego pokoju, który jest totalną jaskinią, oraz do ,,pokoju dziennego, ha, ha, ha''. Zawsze, kiedy ktoś po mnie przychodzi, zawiązuje mi oczy, prowadzi mnie do jakiegoś laboratorium, gdzie mnie usypiają, potem mówi: ,,Odprowadzimy cię do pokoju dziennego, ha, ha, ha!''. To rzeczywiście baaardzo zabawne, bo tutaj nie ma pokoi dziennych. Wszystko jest pod ziemią, więc nigdzie nie ma słońca. Pokój dzienny wygląda mniej więcej jak moja sypialnia: jaskinia z jedną kanapą, jednym stolikiem i jedną szafką. W suficie jest panel świetlny, który daje w sumie jedyne światło. Nie wiem, czy wszystkie pomieszczenia tutaj wyglądają tak samo, bo tylko w tych dwóch nie zawiązują mi oczu.
   Nie mogę zadawać żadnych pytań. Kiedy zapytałem pierwszego dnia, czemu mnie porwali, oberwałem w twarz. Kiedy zapytałem, gdzie jest Alice, znowu oberwałem. Kiedy zapytałem, czemu nie mogę się z nią zobaczyć, oberwałem jeszcze mocniej. Kiedy odzyskałem przytomność i zapytałem, czemu zawiązują mi oczy, oberwałem tak, że obudziłem się do dwóch dniach. Sam odgadłem, że nie mogę pytać, czym zajmuje się ich podziemna organizacja i czemu usypiają mnie w jakimś laboratorium. Miałem do nich masę pytań, ale wiedziałem, że nie mogę ich zadawać, a oni nie mogą mi odpowiedzieć. Raz na tydzień do mojej sypialni przychodzi jakiś gościu z bronią, cały ubrany na czarno i mamy się bić. Raz zapytałem go czemu i już przygotowywałem się, że znowu oberwę, ale on spokojnie odparł, że to w ramach mojego treningu. Przychodził co czwartek i co czwartek coś sobie łamałem, więc zawiązywali mi oczy, prowadzili gdzieś, usypiali i z powrotem składali. Po dwóch latach to ten gościu sobie co tydzień coś łamał. A raczej: to ja mu coś łamałem. Od pół roku przychodzi ktoś inny i od początku nawzajem się łamiemy. Dziwna forma treningu.
   Przetarłem oczy. Nie miałem w pokoju włącznika światła, wszystkie zapalały się automatycznie o siódmej trzydzieści i gasły o dwudziestej trzeciej. Łaskawie mogłem mieć zegarek. Oczywiście nie ten, z którym tu trafiłem. Zabrali mi wszystkie moje rzeczy, dali nowe ubrania, a kiedy sprawdzili, czy nie mam przy sobie czegoś, co pomogłoby mi się tu wydostać lub zniweczyć plany innych, oddali mi je z powrotem. Ale nie wszystkie, oddali mi tylko plecak z zeszytami z trzeciej klasy i komórkę, która i tak sześć lat temu się rozładowała. 
   Odrzuciłem koc na bok i wstałem. Przede mną metalowe drzwi przesunęły się na bok i wszedłem do ,,pokoju dziennego, ha, ha, ha''. Uklęknąłem przed komódką pod ścianą, otworzyłem dolną szufladę i wyjąłem z niej mój telefon. Próbowałem go włączyć, ale jak zawsze pojawił się biały napis ,,Naładuj baterie'' i ponownie się wyłączył. Oparłem się czołem o wyższą szufladę i westchnąłem. Nagle usłyszałem za sobą jakieś pikanie. Odwróciłem się, ale w pokoju nikogo nie było. Podszedłem do zamkniętych drzwi wyjściowych. Pikanie było coraz głośniejsze. Próbowałem jakoś przesunąć drzwi, ale nie miałem karty, która mogła je otworzyć. Mieli ją tylko ci, co pełnili jakąś rolę w tej sekcie. Ja byłem więźniem.
   Kopnąłem wściekły drzwi i pikanie na chwilę ustało. Zamrugałem i próbowałem jeszcze raz otworzyć drzwi, ale nawet nie drgnęły. Znowu coś zaczęło pikać, tym razie cztery razy głośniej i szybciej. Momentalnie światła się zapaliły i musiałem zmrużyć oczy, zanim się do nich przyzwyczaiłem. Drzwi gwałtownie się otworzyły i do pokoju wpadł wysoki mężczyzna w czarnym, długim płaszczu. Pikanie ustało, za to słyszałem za nim krzyki, póki nie zamknął drzwi.
- Co ty zrobiłeś? - zapytał przestraszony.
   To był Jerry.
- Ty to możesz zadawać pytania, tak? - prychnąłem.
   Walnął mnie pięścią w twarz.
- Co ty zrobiłeś?! - zapytał jeszcze raz.
   Podniosłem na niego wzrok.
- Nic nie zrobiłem. 
- To czemu nie śpisz, do cholery?!
   Wzruszyłem ramionami.
- Usłyszałem jakieś pikanie i wstałem.
   Jerry zamrugał zdezorientowany.
- Jakie pikanie? O czym ty mówisz? Tylko mój prawdę, bo oberwiesz jeszcze raz.
   Ponownie wzruszyłem ramionami.
- Skąd mam wiedzieć, jakie pikanie, skoro nie mogę nawet wyjść z pokoju? - uniosłem jedną brew.
   Jerry wypuścił z sykiem powietrze. 
- Idziemy - szarpnął mnie za ramię i wyszliśmy z pokoju. Pierwszy raz od sześciu lat mogłem wyjść i wiedzieć, gdzie idę. 

Rozdział Pierwszy

   Siedzieliśmy wszyscy w ławkach i mieliśmy wyklejać bibułą drzewa narysowane przez nas na kartkach. Drzewo moje i Alice wyglądało trochę, jakby walnął go piorun i pozbawił liści oraz kilkunastu gałęzi, ale pani pochwaliła, że jest bardzo twórcze, oryginalne i widać, że wzorujemy się na działaniach natury. My tylko sztucznie się uśmiechaliśmy i kiwaliśmy głowami, żeby sobie poszła.
   Alice Benson jest moją przyjaciółką i w zasadzie jedyną osobą, która ze mną gada. Reszta uważa, że jestem zły, więc nie będą się ze mną przyjaźnić. Bo wszyscy są skończonymi idiotami. Alice ma falowane blond włosy, które codziennie spina w jednego warkoczyka, duże, niebieskie oczy i jest strasznie niska. Sięga mi zaledwie głową do ramienia i niektórzy myślą, że chodzi do pierwszej klasy, a nie do trzeciej. Alice jest wielką szczęściarą; ma dwójkę młodszego rodzeństwa i jedną siostrę bliźniaczkę, dwójkę rodziców, psa i wielki dom, żeby wszyscy się w nim zmieścili. Młodsze rodzeństwo jest super, bo przynajmniej nie rozkazuje ci, co masz robić, albo kiedy nie wchodzić do jego pokoju. Akurat moja siostra nigdy nie pozwala mi do siebie wchodzić. Ma czternaście lat, zwykłe brązowe włosy, zwykłe niebieskie oczy i cała jest taka zwykła. Przynajmniej według mnie. Według mojej mamy - bo mam tylko mamę - jest najpiękniejszą i najbardziej utalentowaną  Kennedy na całym świecie, która jest taka idealna, zawsze wie jak się zachować i wszystkim pomaga.
   Ja jestem czarną owcą w rodzinie.
   Nazywam się Charlie Lavierre, mam dziesięć lat, w pierwszej klasie wywalili mnie ze starej szkoły, ogólnie wszyscy mówią, że jestem ,,psychicznym dzieckiem''. Akurat kiedy musiałem iść do nowej szkoły, mój tata od nas odszedł i chociaż mama ciągle powtarza, że to nie przeze mnie, nie mogę się pozbyć poczucia winy.
   Mogę przyznać, że nie zawsze jestem ukochanym aniołkiem mamusi, bo zawsze mówię to, co myślę i nie za bardzo przejmuję się zdaniem innych na ten temat, ale uważam, że dorośli zawsze wszystko wyolbrzymiają. W pierwszej klasie mama prawie co tydzień była wzywana do dyrektorki, bo niby coś ukradłem albo się z kimś pobiłem, dlatego po prostu wywalili mnie ze szkoły. W drugiej klasie przenieśli mnie z klasy sportowej do normalnej, bo za dużo osób oberwało ode mnie piłką lekarską. W trzeciej aż tak bardzo się mnie już nie czepiali i kiedy ktoś przychodził z płaczem do nauczycielki, że został przeze mnie pobity, wychowawczyni tylko wzdychała, kazała mi przeprosić i załatwić tą sprawę między sobą. I tak w ostateczności wzywali moją mamę, a Kennedy przy najbliższej okazji użalała się, jaka to nasza mama jest przeze mnie biedna i zmęczona, a ja nawet się tym nie przejmuję i jestem wyrodnym dzieckiem. Kennedy znała chyba tylko dwa określenia: wyrodny i psychiczny.
   Teraz pani Unite ze spokojem chodziła między ławkami i chwaliła powyklejane bibułą drzewa. Według mnie to było okropnie nudne zajęcie, ale Alice dyskretnie kopała mnie pod stołem, kiedy chciałem wstać i powiedzieć to na głos. Więc musiałem siedzieć spokojnie i wyklejać to pogięte drzewo tą popapraną bibułą. Nagle z plecaka zadzwonił mi telefon i pani Unite gwałtownie się do mnie odwróciła.
- Charlie, w szkole nie używamy telefonów komórkowych - powiedziała.
   Przewróciłem oczami.
- A stacjonarne można? - prychnąłem.
   Kilka osób zachichotało. Kilka patrzyło na mnie z zazdrością (jako jedyny trzecioklasista w szkole miałem własny telefon, który działał, miał w sobie kartę oraz baterie i umiał dzwonić). Alice westchnęła.
- Wycisz go, proszę - wysyczała pani Unite przez zęby.
   Podparłem głowę na łokciach.
- Jakoś nikt pani nie przeszkadza, kiedy pani dzwoni telefon na lekcji - odparłem.
- Charlie! - zdenerwowała się pani Unite.
- Mogę chociaż sprawdzić, kto do mnie dzwonił? - spytałem.
   Gdyby mogła, zabiłaby mnie wzrokiem. Ale każdy, kto kiedykolwiek postawił nogę w tej szkole już mnie znał - tak przynajmniej codziennie narzekała Kennedy. Na szczęście chodziła już do innej szkoły.
   Wyciągnąłem telefon z kieszeni plecaka i zobaczyłem na wyświetlacz. Miałem siedem nieodebranych połączeń od mamy. Po chwili zadzwoniła ósmy raz, a po następnej chwili wysłała mi SMSa, że mam wyjść ze szkoły. Uśmiechnąłem się, a Alice przegryzła wargę.
- Chociaż pokaż tą wiadomość pani, żeby... - zaczęła, ale ja wziąłem już plecak z podłogi i wybiegłem z klasy bez słowa wyjaśnienia. Usłyszałem za sobą krzyki dochodzące z sali i nagle pojawiła się za mną Alice. Skręciłem na schody i zbiegłem po nich, o mało z nich nie spadając.
- Charlie! - słyszałem za sobą krzyczącą Alice, ale się nie zatrzymywałem. Z klas zaczęły wychodzić inne nauczycielki, żeby sprawdzić, co się dzieje i też zaczęły mnie wołać. Przewróciłem oczami i skręciłem ze schodów do oszklonego wyjścia ze szkoły. Na parkingu stał włączony Ford mamy. Podbiegłem do niego, przeskakując dziury w asfalcie i otworzyłem tylne drzwi.
- Czemu tak długo? - spytała przestraszona.
- Wściekły tłum mnie gonił.
   Mama przegryzła wargę. Do samochodu dobiegła zdyszana Alice i spojrzała zdziwiona na moją mamę.
- Dzień dobry, co...
- Nie mam teraz czasu - mama wrzuciła wsteczny i wolno wycofała. Alice krzyknęła zaskoczona i wskoczyła na tylne siedzenie, żeby nie wpaść pod auto. Zatrzasnęła drzwi i położyła swój plecak na siedzeniu między nami.
- Co się stało? - zapytałem, wychylając się do przodu. To, że nigdy nie zapinałem pasów też zaliczało się do tego, jak bardzo, bardzo jestem zły.
- Musimy na chwilę stąd wyjechać - rzuciła tylko mama i wyjechała z parkingu szkolnego.
- Czemu? - chciałem wiedzieć.
- Może wyjaśnię ci później, teraz muszę się skupić, żeby szybko stąd wyjechać - wyglądała na naprawdę przestraszoną.
   Wymieniliśmy z Alice zdziwione spojrzenia.
- Gdzie pani jedzie? - spytała Alice.
- Na chwilę musimy jechać do babci - powiedziała i krzyknęła, kiedy zerknęła w lusterko. Odwróciłem się i zobaczyłem, że nikt za nami nie jedzie. Ale mama przyspieszyła i przejechała na czerwonym świetne. Nie przejąłem się tym, a Alice jęknęła, że teraz oprócz wściekłego tłumu nauczycielek będzie nas teraz goniła policja.
   Przez resztę drogi, kiedy jechaliśmy na złamanie karku i wyprzedzaliśmy wszystkich przed sobą, nikt się nie odzywał. Wyjechaliśmy z miasta i byliśmy teraz na pustej polnej drodze, którą jechaliśmy co roku do babci. Kiedy teraz po obu stronach otaczały nas drzewa i zataczały łuki nad drogą, zrobiło się ciemniej, bo przez liście nie dochodziło do nas słońce. Odwróciłem się do tyłu i uklęknąłem na fotelu.
- Kto to jest? - zapytałem, wskazując na kolesia jadącego na motorze za nami.
   Mama spojrzała w lusterko i znowu krzyknęła.
- Charlie, usiądź normalnie i odwróć się! - zawołała.
   Nawet nie drgnąłem, więc Alice pociągnęła mnie na dół na fotel i spiorunowała wzrokiem. Taa, była takim aniołkiem jak moja siostra Kennedy. Koleś na motorze dalej za nami jechał i nie mogliśmy sprawdzić, czy pojechałby dalej za nami, gdybyśmy skręcili w jakąś ślepą uliczkę, bo droga ciągle była prosta. Wpatrywałem się w jego srebrny kask, patrząc na niego w lusterku i pomyślałem, że też chciałbym jeździć na motorze.
- Mamo, kim on jest? - zapytałem po chwili.
   Nie odpowiedziała mi, czego mogłem się spodziewać. Więc pewnie był zły i przez niego uciekaliśmy do babci. Jednak minęliśmy skręt, w który powinniśmy skręcić i znowu stanąłem na siedzeniu.
- Jedziemy jakąś inną drogą? - spytałem.
- Co? - mama zamrugała zdezorientowana.
- Minęliśmy tamten zakręt.
- Co?
   Mama odwróciła się do tyłu. Zakręt znikał nam powoli z oczu, a facet na motorze był jeszcze bliżej niż wcześniej. Mama jeszcze bardziej przyspieszyła i krzyknęła, kiedy kierownica wyślizgnęła jej się z ręki. Popatrzyłem do przodu i jedyne, co zobaczyłem to drzewo milimetr przed maską. Potem zamknąłem oczy, usłyszałem potężny huk i poczułem, jakbym leciał. Rzeczywiście leciałem, bo kilka sekund potem walnąłem w asfalt i nie mogłem się ruszyć.
- Uciekajcie! - usłyszałem niewyraźny głos mamy.
   Nawet jakbym wyjątkowo chciał się kogoś posłuchać, nie mógłbym się ruszyć. Otworzyłem tylko lekko oczy, żeby zobaczyć co się stało. Jednak wszystko przed sobą miałem rozmazane; pogięte auto, drzewo, dym, czarny punkt przede mną, który z każdą sekundą się powiększał. Prawdopodobnie to był ten koleś na motorze. Ale zanim udało mi się złapać ostrość, zamknąłem oczy i głowa opadła mi na twardy asfalt.

Wstęp do bloga

   Jestem Tanika Welc, mam 14 lat, urodziłam się 7 stycznia, nie ważne gdzie. Mieszkam w Polsce, w górach, ale nie ważne jakich. Mam starszą siostrę Łucję, kota Doucaliona i 6 przyjaciółek: Alę, Irenę, Wiktorię, Karolinę, Basię i Asię <3
   Uwielbiam pisać/czytać książki. Moje ulubione to: Igrzyska Śmierci, Dary Anioła, Diabelskie Maszyny, Percy Jackson, Więzień Labiryntu, Niezgodna, Sherlock Holmes i wszystkie Johna Greena oraz Agathy Christie. Od dawna sama piszę książki i zazwyczaj żadnej nie kończę. W szóstej klasie podstawówki dostałam nagrodę za pierwsze miejsce w Konkursie Młodego Literata za książkę ,,Hoovesville''. Książkami, które ostatnio napisałam i które chcę wydać to trylogia ,,Czarna Róża'', ,,Eror 404 Not Found'' i ,,Dzienniki Vicky''. Książka, którą będę pisać na tym blogu jest wzorowana trochę na ,,Czarnej Róży'' i wielu innych niedokończonych książek.
  Tak więc mam nadzieję, że wam się spodoba. Codziennie będę pisała jeden rozdział, ewentualnie co dwa lub trzy dni, jeżeli nie będę natchniona (;
   Kończę ten wstęp o mnie i zabieram się do pisania (;

twitter.com/_veronicamou_
instagram.com/veronicamou2000
X