poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział Siódmy

   Kiedy z trudem udało mi się otworzyć oczy, z powrotem szybko je zamknąłem, oślepiony jasnym światłem. Usłyszałem w głowie zniecierpliwiony głos Rachel, że mam się obudzić. Ponownie otworzyłem oczy. Siedziałem w pokoju, gdzie zamiast ścian były lustra. W każdym widziałem siebie z różnych stron. Ale i tak z każdej strony wyglądałem jak blady, poobijany i przestraszony nastolatek, którym nigdy w życiu nie chciałem być. Podłoga była zimna i z takiego samego kamienia, jak moja sypialnia, więc stwierdziłem, że znowu siedzę w Czarnym Kwiatuszku. W tej sytuacji ta nazwa wcale nie wydawała się śmieszna.
   Nie wiedziałem, w czym przydam się Rachel, siedząc w tym pokoju. A może to było tylko więzienie. A może byłem ponad pięć minut z Arianą na powierzchni i umarłem.
   Nie wiedziałem, jak jest w Niebie, ale na pewno nigdy nie myślałem, że jest to pokój z lustrami. Zastanawiałem się, kto wtedy wyszedł zza tego dziwnego złotego drzewa i przyłapał nas na uciekaniu z przecudownego Czarnego Kwiatuszka, w którym wszyscy są tacy troskliwi i uśmiechnięci. Zastanawiałem się też, jaka będzie czekała mnie kara, kiedy zobaczą, że jestem przytomny.
   Oparłem się plecami o jedno z luster i zamknąłem oczy, a kiedy z powrotem je otworzyłem, pokój się kilkakrotnie zmniejszył. Otaczały mnie cztery lustra i czułem się jak w przymierzalni sklepowej.
- Rachel, przestań! - krzyknąłem. - O co w tym wszystkim chodzi?!
   Lustra zaczęły się z powrotem mnożyć i oddalać. Jedno zamieniło się w drzwi. Otworzyły się i do pokoju wszedł ktoś, kogo nie mogłem rozpoznać, ponieważ cały zakryty był czarnymi ubraniami: czarnym kombinezonem, kominiarce bez dziur na usta, czarnych rękawiczkach i butach. Zerwałem się z podłogi. Osoba zamknęła za sobą drzwi, które znowu stały się lustrem. Zrobiła kilka szybkich kroków do przodu, a kiedy znalazła się przy mnie, złapała mnie za gardło i rzuciła na lustrzan ścianę. Upadłem na podłogę i zaniosłem się kaszlem, żeby odzyskać oddech. Nie miałem czasu zastanowić się, czy zamaskowaną osobą jest Rachel, bo znowu zostałem zaatakowany i rzucony na przeciwległą ścianę jak poduszka. Kiedy wstałem, sam rzuciłem się na wroga i powaliłem go na podłogę. Ale nie z własnej woli. Czułem się, jakbym był marionetką w teatrze, a ktoś mógł kontrolować moje ruchy. No tak, pomyślałem. Jest ktoś taki.
   Nie opieraj się, usłyszałem w głowie spokojny, znajomy głos.
- Przeklinam cię, Rachel! - wrzasnąłem, próbując powstrzymać moje ruchy i nie rzucić się drugi raz na przeciwnika, ale po chwili dałem za wygraną. I tak chyba nie dałbym rady tym przeklętym dziwnym urządzeniom w mojej głowie, dzięki którym Rachel mnie kontrolowała. I innych z ,,mojego zespołu'' pewnie też.
   Kiedy przeciwnik pozbierał się z podłogi, skoczyłem do przodu i kopnąłem go/ją w powietrzu. Nawet by mi się to podobało, gdyby wszystkie ruchy były moje własne. Po chwili postanowiłem przestać nawet stać i oddać się Rachel całej do kontroli. Nie dlatego, żeby jej pomóc w niesamowitych i bezsensownych badaniach, ale dlatego, że stwierdziłem, że nie będę się dla niej trudzić nawet w samodzielnym staniu.
   Uspokój się!, usłyszałem w głowie i uśmiechnąłem się z satysfakcją. Jeszcze kilka razy rzuciłem się na zamaskowanego przeciwnika, po czym Rachel najwyraźniej się poddała, bo w lustrze pojawili się jej pomocnicy: Dan i Peter. Zamaskowana osoba w podskokach wybiegła z pokoju, a Dan i Peter stanęli po moich bokach i wyprowadzili mnie z pomieszczenia.
   Z niego wchodziło się od razu do biura Rachel. Stała tam cała masa komputerów, a na ścianie wisiały wielkie ekrany. Trzy z nich pokazywały pusty już pokój z lustrami; każdy z innej kamery. Wściekły, przeniosłem spojrzenie na Rachel, siedzącą tyłem do mnie przy jednym z komputerów. Nagle na jednym z ekranów pokazał się kawałek filmu, w którym atakowałem tą czarną osobę, na drugim zaczęły pojawiać się lekko rozmazane literki, ale nie zdążyłem ich przeczytać.
- Łatwo się nudzi - odezwała się nagle Rachel, takim tonem, jakby coś dyktowała. Na ekranie pojawiło się kolejne zdanie. Najwyraźniej ktoś to zapisywał. - Trzy minuty, czterdzieści sześć sekund, dwanaście setnych.
   Na ekranie pojawiło się 00:03:46:12. Rachel się uśmiechnęła pod nosem.
- Bardzo wyjątkowy - odwróciła się na krześle w moją stronę. - Witaj, Charlie.
   Wyglądała na naprawdę podekscytowaną. Spiorunowałem ją wzrokiem.
- Kochanie, jeśli ktoś z nas miałby był tutaj wściekły, to ja - wstała z krzesła. - Dałam ci dowody, że jesteśmy dobrzy, a ty i tak postanowiłeś uciec z nową koleżanką.
- Jakie dowody? - prychnąłem, ale to zignorowała.
- Dlatego właśnie musieliśmy zająć się tobą trochę wcześniej niż innymi. Rozumiesz?
- Nie - odparłem.
   Rachel uśmiechnęła się szeroko i odwróciła do swojej drużyny, która zaciekle stukała w klawiatury komputerów lub obserwowała mnie na wielkim ekranie.
- Jestem z nas dumna! - zawołała i wszyscy zaczęli klaskać.
   Rozejrzałem się.
- Po co to było? - spytałem.
- Te oklaski?
- Nie, to wsadzenie mnie do tego pokoju.
   Westchnęła szczęśliwa.
- Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie, Charlie, żeby przypadkiem nie wpaść znowu na jakiś głupi pomysł - położyła mi rękę na ramieniu, którą od razu strąciłem. Nie wyglądała jednak na urażoną: bardziej na szczęśliwą. - Wiedz tylko, że dzięki tobie posuwamy się dalej i naprawdę jestem z ciebie dumna.
   Po tym skinęła na Daniela i Petera, żeby wyprowadzili mnie z pokoju. Odwróciła się i wróciła do swojego miejsca przy jednym z komputerów.
- Macie wszystko zapisane? - zapytała, a jej drużyna jednogłośnie to potwierdziła.
   Dan i Peter jednym szarpnięciem zmusili mnie do ruszenia się z miejsca i prowadząc coraz to bardziej mi znanymi korytarzami, dosłownie wrzucili mnie z powrotem do mojego pokoju.
   I już więcej żadnych takich akcji, usłyszałem w głowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz