Dan, niski pomocnik Rachel zaprowadził mnie pustymi korytarzami do mojego pokoju. Zatrzasnął za mną metalowe drzwi i znowu zostałem uwięziony w jaskini z trzema meblami. Westchnąłem, zdjąłem czarny płaszcz i wrzuciłem go do szafy, nie fatygując się, żeby powiesić go na wieszaku.
Podszedłem do małego, okrągłego lustra, które wisiało na ścianie. Jacy troskliwi, że mi go dali. Proste, brązowe włosy miałem rozczochrane (wyciągnęli mnie na tą cholerną misję prosto z łóżka), a wzrok dużych, szarych oczu przypominał wzrok przestraszonego królika. Potrząsnąłem głową i przetarłem oczy. Kiedy zobaczyłem, że podświetlone wskazówki zegara ściennego wskazują na piątą jedenaście, postanowiłem, że pójdę się położyć. Tak też zrobiłem, ale jeszcze długo nie mogłem zasnąć. Miałem do Rachel jeszcze więcej pytań, ale wiedziałem, że długo nie otrzymam na nie odpowiedzi.
Nie obudziło mnie gwałtownie zapalane światło, nie Jerry, nie Rachel, żaden gościu, z którym musiałem się bić. Obudziła mnie Ariana, siedząca skulona na rogu mojego łóżka. Krzyknąłem i spadłem na podłogę.
- Co ty tu robisz? - zawołałem.
Ariana zmarszczyła brwi.
- Nie krzycz tak - szepnęła.
Zerknąłem na zegar, żeby się dowiedzieć, która godzina. Szósta dwa. Przewróciłem oczami.
- Jak się tutaj dostałaś? - spytałem cicho.
Ariana kopnęła pistolet pod łóżko.
- Nieważne - wstała. - Musimy jak najszybciej stąd wyjść.
Otworzyłem szeroko oczy.
- Jak to my? I czemu?
Westchnęła.
- Zadajesz za dużo pytań.
- Przestań zachowywać się jak oni.
To najwyraźniej była dla niej najgorsza możliwa obraza, bo nabrała głęboko powietrza zdenerwowana, po czym ponownie westchnęła.
- Tutaj... nie jest bezpiecznie. Ani mądrze. Tu jest źle. I musimy szybko wrócić do Złotej Róży.
Gdyby sytuacja nie wyglądała na tak poważną, wybuchnąłbym śmiechem.
- Twoja mama mnie o to prosiła - dodała cicho.
Po tych słowach od razu się ożywiłem.
- Co? - wdrapałem się z powrotem na łóżko.
- Twoja mama. Tak, jest w Złotej Róży. Jest tam tak długo, jak ty tutaj.
Nie mogłem wydobyć z siebie słowa. W jednej sekundzie dowiedziałem się, że jednak moja mama żyje i to jeszcze dzisiaj byłem w jej ,,domu'', nic o tym nie wiedząc.
- Czekaj... - zmarszczyłem brwi. - Czyli dlatego tak się ucieszyłaś, jak cię porwaliśmy? Żeby włamać się w nocy do mojego pokoju i powiedzieć, że powinniśmy tam zostać?
Ariana kiwnęła szybko głową.
- To jesteś kompletną idiotką! - zawołałem. - W tym pokoju jest pełno kamer, pewnie już ktoś po ciebie tu idzie!
Dziewczyna przewróciła oczami i zrobiła krok w kierunku metalowych, uchylonych drzwi.
- Dlatego szybko musimy stąd uciekać. Myślę, że już więcej się orientujesz w tej całej sytuacji, więc nie muszę ci niczego wyjaśniać - stanęła przy drzwiach i otworzyła je na oścież. - Idziesz, czy nie?
Popatrzyłem po sobie. Nie przebierałem się z powrotem w piżamę, zanim poszedłem spać, więc dalej miałem na sobie dżinsy i białą koszulkę. Zerwałem się z łóżka, wyciągnąłem z szafy czarny płaszcz, żeby wtopić się w ciemność i wybiegłem za Arianą z pokoju. Nie ważne, czy Złota Róża była dobra, czy zła. Nie obchodziło mnie, czemu ukradła ,,nam'' te arcyważne dokumenty. Tam była moja mama, a może też przy odrobinie szczęścia - ta wkurzająca Kennedy.
Nie znałem drogi do windy, ale Ariana bez problemu ją znalazła i po paru minutach, nie ściągając na siebie niczyjej uwagi, byliśmy już na setnym piętrze. Staliśmy obok siebie w milczeniu, a ja dziękowałem w duchu za kradzież tych dokumentów. Za tym ciągnęła się cała seria zdarzeń, dzięki których dowiedziałem się o co we wszystkim chodzi. Kiedy drzwi windy się otworzyły, wpadły do niej jasne promienie wschodzącego słońca. Mógłbym teraz usiąść na trawie i obserwować słońce, jak wtedy, kiedy byłem mały i wyjeżdżaliśmy na wieś do babci. Teraz to by było niemożliwe, ponieważ a) mieliśmy pięć minut na przeżycie i b) nigdzie już nie było trawy.
Pobiegliśmy na prawo do drzewa ze złotym mchem, ale kiedy tylko się przy nim zatrzymaliśmy, poczułem lekkie kłucie na plecach i coś poraziło mnie prądem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz